środa, 12 czerwca 2013

Rozdział 5 - "Luiza"


Dziewczęta!
Kolejna środa i następny rozdział. Za tydzień poczytacie co nieco z perspektywy chłopaków z Lawson, a za dwa akcja przeniesie się do Ameryki. Mam jednak nadzieję, że rozdział 5 przypadnie Wam do gustu.
Dziękuję za wszystkie komentarze :*




"Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszą się zakończyć przyjaźnią [...]."
Joanne Kathleen Rowling ("Harry Potter i Kamień Filozoficzny")


            Ten dzień Luiza uznała za wyciśnięty do ostatniej kropli i postanowiła iść spać w swoim pustym mieszkaniu. Na zakurzonym materacu podłożyła sobie pod głowę podartą sukienkę i przykryła się jedną z obszernych koszul. W nocy nie spała, bo pierwszy raz czuła, że jest zdana tylko na siebie. Teraz jednak zmęczenie ją dopadało, a stokroć bardziej wolała sen niż roztkliwianie się nad beznadziejnością swojego losu, koniecznością szukania pracy i braku poszlak w szukaniu swojego wymarzonego chłopaka, który ją uratował.

         Walenie w drzwi wyrwało ją jednak z przyjemnych snów. Wstała dość gwałtownie i zakręciło jej się w głowie. Otworzyła drzwi, by zbesztać przybysza. Na progu ujrzała chudą kobietę ze spinkami w kształcie motyli we włosach. Na wyciągniętych dłoniach trzymała paterę z ciastem.

- Witam nową lokatorkę! - zaszczebiotała. - Jestem Audrey, mieszkam po drugiej stronie korytarza.

- Lou. Mieszkam... tutaj.

         Dziewczyna ziewnęła. Na widok ciasta poczuła burczenie w brzuchu, bo od dawna nie miała nic w ustach. Audrey uśmiechnęła się szeroko.

- To prezent powitalny dla ciebie. Ciasto czekoladowe z kremem cytrynowym.

- Dzięki...

- Ale prosiłabym o zwrot patery. Niektórzy ich nie oddają.

         Ostatnie zdanie kobieta wyszeptała, jakby chciała Luizę przed czymś ostrzec, ale ta wzięła tylko przysmak i oblizała wargi. Widziała jednak, że Audrey nadal stoi na progu i najwyraźniej czeka na zaproszenie.

- Wiesz, nie mam żadnych krzeseł, ani herbaty - wyjaśniła dziewczyna.

- Och, nie szkodzi! - Audrey zaklaskała w ręce i już po chwili wróciła z dwoma krzesłami od siebie, a w zębach niosła paczkę herbaty Earl Grey.

- Dobra, w takim razie wejdź.

         Luiza rozłożyła bezradnie ręce. W końcu kobieta przyniosła jej deser, ratując ją od śmierci głodowej, więc należało jej się trochę uprzejmości. Tym bardziej, że wyglądała na samotniczkę i dziwaczkę.

- Ładnie się tu urządziłaś - odezwała się Audrey, kiedy czekały aż wrzątek zagotuje się w starym czajniku.

         Właścicielka mieszkania spojrzała na nią jak na idiotkę. Poza materacem, bagażami i kaktusem na parapecie w mieszkaniu nie było nic.

- Ty żartujesz, tak? Tu nie było żadnych mebli, a ja nic ze sobą nie mam. Właściwie to szukam pracy.

- Och. W tym akurat mogę ci pomóc. - Audrey uśmiechnęła się szeroko i zaczęła kroić wielkie kawałki ciasta, które nałożyła na dwa talerzyki, które znalazła w suszarce nad zlewem w kuchni. - Tak się składa, że właśnie otworzyłam kawiarnię tuż za rogiem. Szukam pracowniczek, bo sama sobie z wszystkim nie poradzę.

- A czym bym się miała zajmować?

- Och, no wiesz. Obsługiwaniem kasy, podawaniem ciast, herbat i kaw... Wystarczy tylko żebyś była otwarta do ludzi i uprzejma.

- Cóż, będzie z tym ciężko. Ludzie często działają mi na nerwy. - Dziewczyna znacząco spojrzała na swoją przyszłą potencjalną szefową, ale ta nic sobie z tego nie robiła.

- Nie tylko tobie, kochana!

- No dobra, w takim razie myślę, że mogę spróbować. Kiedy miałabym się zgłosić?

- Możesz nawet jutro. Otwieramy o ósmej, ja jestem już od siódmej, więc możesz wpaść wcześniej, by przejrzeć umowę.

- Wcześniej? - dziewczyna przełknęła głośno ślinę. Fakt, że praca sama do niej przyszła uważać mogła za przejaw szczęścia, ale nie podobało jej się zwlekanie z łóżka tak z samego rana.

- No z pół godzinki. Ale wszystko jest do obgadania.

         Audrey na pierwszy rzut oka wyglądała na dziwaczkę, no ale przyniosła jej ciasto i herbatę oraz zatrudniła w swojej kawiarni praktycznie nic o niej nie wiedząc. Trzeba było kuć żelazo póki gorące.

- No to w takim razie będę - westchnęła dziewczyna i spojrzała na wibrujący telefon.

         Przestała sprawdzać kto dzwoni, bo większość połączeń wykonywali zaniepokojeni rodzice. Niech się martwią. To w końcu przez nich musiała sobie teraz radzić sama.

- Więc... jak to jest z sąsiadami? - zagadnęła Luiza, wgryzając się w ciasto. - Cholera, ale to dobre! Co za krem!

- Cieszę się, że ci smakuje. Kapelusznik był testerem smaku i nie podchodził do niego tak entuzjastycznie.

- Kapelusznik?

- Jeden z moich kotów. Mam ich siedem. Kapelusznik, Czerwony Kapturek, Piękna, Bestia, Królewna Śnieżka oraz Książę i Żebrak. Musisz do mnie wpaść i je poznać.

- Tak... ciekawe imiona.

- Prawda? Odzwierciedlają ich charaktery.

- Nie wiedziałam, że zwierzęta mają charaktery.

- W takim razie prawdopodobnie nigdy żadnego zwierzaka nie miałaś. Zarówno moje siedem skarbów, jak i Piorun, twój sąsiad zza ściany, to naprawdę charakterne stworzenia.

         Luizie zdawało się, jakby Audrey wolała zwierzęta niż ludzi, no ale to w końcu w ich towarzystwie przebywała. Na usta cisnęło jej się pytanie, czy klienci kawiarni nie skarżą się na kocie włosie w ciastach, ale ugryzła się w język i kontynuowała napełnianie żołądka pysznym ciastem.

- Ten Piorun to też kot? - spytała, widząc, że tylko temat zwierząt jest w stanie zainteresować Audrey.

- To pies. Ogromny! Ale bardzo przyjazny. W stosunku do obcych jest nieco nieufny, ale szybko się z nim zaprzyjaźnisz. On nawet koty uwielbia!

- No dobra, a jak to jest z ludźmi?

- Cóż, różnie. Zapewne poznałaś właściciela kamienicy, Nicka. Amerykanin, alkoholik, rozwodnik. Zgorzkniały, ale w razie potrzeby pomoże. Wszyscy są sympatyczni, jeśli oczywiście im nie podpadniesz.

         Audrey roześmiała się gardłowo i to musiało Luizie wystarczyć. Dokończyła ciasto i pożegnała się z nową znajomą. Miała już mieszkanie i pracę. Teraz tylko musiała to oblać. Ale z kim, skoro jej przyjaciółki wróciły do Polski? Miała koleżanki z uczelni, ale za nimi nie przepadała. Patrzyły na nią krzywo, bo jej akcent nie był idealny, a one uważały ją za intruza, który powinien wracać do swojego kraju.

         Po bitwie z myślami chwyciła jednak telefon i napisała do nich wiadomość. Zgodziły się bez wahania, więc dziewczyna wybrała jedną ze swoich sukienek (króciutką kanarkową) i włożyła na nogi czarne platformy. Żeby nie zamarznąć wzięła też czarny żakiet, a na to zarzuciła swoją kurtkę.

         To będzie ostatnia impreza, tak sobie obiecywała. W końcu od następnego dnia zaczyna pracę, musi być poważna i dorosła. Nie zabawi długo. O północy będzie już na swoim zakurzonym materacu. Z rana podpisze umowę i poprosi Audrey o zaliczkę, żeby mogła kupić sobie jakąś pościel.

         Świat klubów rządził się jednak własnymi prawami. Wypiła kilka drinków z koleżankami, które patrzyły na nią litościwie, dziwnie wydymały usta i powtarzały "i co ty teraz ze sobą zrobisz", przez co czuła się okropnie. Przed północą udała, że źle się czuje i wymknęła się z baru, do którego przyszły jej koleżanki. Cały czas rozmawiały o zajęciach, ciekawych wykładach, studenckim życiu... A ona chciała czegoś innego.

         Lubiła chodzić na samotne spacery i tak też było teraz. Londyn tętnił życiem, a ona z wciśniętymi głęboko w kieszenie dłońmi szła przed siebie, pozwalając nogom zadecydować, co się z nią stanie. Przy odrobinie szczęścia omal nie wpadnie pod kolejny autobus (jakkolwiek radykalnie to brzmiało), a uratować ją może wysoki blondyn, którego obraz na stałe wyrył jej się w świadomości.

         Spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu. Jej przyjaciółki już wróciły do Polski, a ją ogarnęła tęsknota i samotność. Była zdana tylko na siebie. Mogła spakować rzeczy, pożegnać jakże wygodny zakurzony materac i wrócić do rodziców, ale nie chciała. Mimo swojego lenistwa była ambitna i czuła, że może w życiu do czegoś dojść, ale niekoniecznie drogą studiów. W Polsce z wyższym wykształceniem mogłaby wylądować na kasie w "Biedronce", a to dawało jej przekonanie, że nauka nic ci nie załatwi. Najważniejszy był spryt i charyzma i liczyła, że z odrobiną dobrej chęci uda jej się być szczęśliwą na własnych warunkach. I zamierzała zacząć od pierwszego dnia pracy. Nie wiele jednak wypiła, a że się stresowała, postanowiła udać się na jednego drinka do baru niedaleko swojego mieszkania.

- "Black Velvet" - przeczytała na głos. Wzruszyła ramionami sama do siebie i weszła dumnym krokiem do środka.

         Od razu przy barze podszedł do niej sponsor. Zmierzyła wzrokiem tego szerokiego w barach łysego faceta i się skrzywiła. Czy naprawdę była zdana na takich? Nie odrzuciła jednak propozycji zapłacenia za drinka, bo jej oszczędności były na wykończeniu. Wychyliła zamówioną Krwawą Mary i chciała odejść, ale towarzysz zaproponował ją nowego drinka wymyślonego przez barmana, więc przystała.

         Potem wszystko zlało się w jedną plamę. Twarz kolesia, który za punkt honoru obrał sobie jej zasponsorowanie odpływała gdzieś na boki, a ona poczuła, że wszystkie mięśnie jej wiotczeją.

- Ty... dosypałeś mi czegoś? - zapytała nieprzytomnie, dłonią zwalając resztę drinka, którą oblała kolesiowi spodnie.

         Zaklął i złapał ją za rękę, zanim podszedł do nich barman, który mógł zauważyć, że coś jest nie tak.

- Nic ci nie dosypałem, głupia. Upiłaś się - wyjaśnił ochrypłym głosem i oblizał wargi.

- Acha - odpowiedziała skołowana dziewczyna. - Muszę do łazienki.

- Właśnie tam idziemy.

- Acha.

         Tylko na tyle było ją stać, bo nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nie potrafiła ocenić sytuacji, odległości ani stanu swojej trzeźwości. Uśmiechała się, bo jej "nowy kolega" wydawał się miły. Poczuła się słabo, a on zabrał ją do łazienki. Szybko jednak gdzieś na obrzeżach świadomości orientowała się, że nie przyszli tu, by wytrzeźwiała.

         Na piersi poczuła jego pożądliwą rękę, druga sunęła po udzie coraz wyżej, przygarniając ją do siebie. Obie były spocone i obrzydliwe. Czuła odór alkoholu z ust osobnika, którego określiła jako swojego sponsora, kiedy ten dyszał jej w twarz i składał pocałunki na jej szyi i dekolcie.

- Zostaw - powiedziała, ale było to zbyt ciche, żeby mógł usłyszeć.

         Nie miała siły go odepchnąć, ręce były jak z galarety i robił z nią, co chciał. Była marionetką, z którą postanowił się zabawić. Poczuła wybrzuszenie w okolicy jego krocza, które napierało na powoli podwijaną sukienkę.

- Moja sukienka, moja sukienka... - zawodziła cicho, coraz bardziej tracąc poczucie rzeczywistości i tego, co się wydarzy.

         Drzwi łazienki trzasnęły i usłyszała damskie głosy, mimo iż mogła przysiąc, że potencjalny gwałciciel zaciągnął ją do męskiej łazienki.

- Nie będę czekać w kolejce, muszę siku - oświadczył dobitnie dziewczęcy melodyjny głos, który jednakże zdradzał, że wypiła ona nieco za dużo alkoholu. - Jedna kabina? No trudno. Poczekaj na mnie.

         Dziewczyna szarpnęła drzwi, za którymi obleśny facet obłapiał Luizę.

- Zajęte - wychrapał, wściekły, że ktoś śmie mu przerywać, kiedy już zabierał się za rozpinanie rozporka. - Babski kibel jest obok.

- Człowieku, pęcherz mi zaraz eksploduje, muszę tutaj. - Monika rozejrzała się wokoło i spostrzegła same pisuary. - A nie zamierzam lać do tego.

- Cholera, wynoście się stąd! - zawołał rozwścieczony już mężczyzna, a one zmarszczyły brwi.

- Sukienka zniszczona, sukienka zniszczona... - powtarzała w transie Luiza, a Karolina zrobiła duże oczy i spojrzała na swoją przyjaciółkę.

- Czy ktoś tu potrzebuje pomocy? - spytała.

- Nikt nie potrzebuje pomocy, ciekawskie dziwki. Spadać mi stąd!

         Przyjaciółki wymieniły porozumiewawcze spojrzenie. Monika zaczęła walić w drzwi od kabiny, a Karolina pchnęła drzwi do męskiej łazienki i popędziła po ochroniarza, któremu pokazywały dokumenty tożsamości przy wejściu. Trzydzieści sekund później dotarła z nim do toalety, w której drzwi od kabiny właśnie otworzyły się i stanął w nich spocony i zasapany mężczyzna. W kącie kuliła się prawie nieprzytomna dziewczyna z podwiniętą sukienką.

- Daj mi skończyć i na ciebie przyjdzie pora! - zagrzmiał mężczyzna i wtedy zauważył ochroniarza.

         Jego wzrok stał się nagle rozbiegany, pchnął pracownika klubu i ruszył biegiem do wyjścia.

- Wszystko w porządku? - spytała roztrzęsiona Monika, zerkając na Luizę.

- On ją czymś naćpał - podpowiedziała Karolina.

- Weźmiemy ją do szpitala?

- Szpital, szpital... Nie - powtarzała Luiza jak w transie.

         Jakiś chłopak chciał skorzystać z łazienki, więc Karolina zmroziła go wzrokiem i kazała mu spadać na drzewo, przez co uciekał w popłochu. Luiza natomiast oparła głowę o kafelki i odpływała dalej.

         Karolina podniosła klapę i dopadła do niej w mgnieniu oka. Odgarnęła uratowanej dziewczynie włosy i wpakowała jej dwa palce głęboko do przełyku tak, że już po chwili konwulsji wywołała odruch wymiotny, dzięki któremu dziewczyna pozbyła się substancji z organizmu.

- Uciekł mi. Dzwonić po policję albo pogotowie? - zapytał ochroniarz, który wrócił do łazienki.

- Nie... trzeba - wydusiła Luiza, ale jej słowa przerwał odruch wymiotny.

         Poczuła się momentalnie lepiej, a trzeźwość umysłu powróciła. Omal nie została zgwałcona, ale wszystko skończyło się dobrze. Wstała i lekko słaniając się na nogach podeszła do umywalki, w której wypłukała usta.

- Gumę? - zaproponowała Monika, podsuwając dziewczynie pod nos opakowanie Orbit, z którego ta wyciągnęła kilka drażetek i wpakowała do ust.

- Chcesz, żeby się udławiła?

- Chcę, żeby jej z ust nie śmierdziało!

         Wybawicielki Luizy zaczęły chwilę się sprzeczać. Karolina była trzeźwa, a jej przyjaciółka wstawiona. Żadna nie zauważyła, że nowa znajoma wymknęła im się do baru, przy którym zamówiła sobie whisky, żeby oddalić od siebie nieprzyjemne wspomnienie spoconych dłoni na swoim ciele.

         Przyjaciółki spojrzały na siebie i zgodnie stwierdziły, że nie mogą jej tu zostawić.

- Gdzie mieszkasz? - zagadnęła Karolina, odbierając dziewczynie drugą szklankę whisky, którą ta zamierzała wychylić.

- Jestem bezdomna - westchnęła dziewczyna, szybko jednak reflektując, że przecież znalazła mieszkanie. - Nie, zaraz! U takiego pijaka w kamienicy!

         Nagle smutek i melancholia po dramatycznych przeżyciach odeszły w zapomnienie.

- Musicie iść ze mną!

- Tak, zaprowadzimy cię do domu - stwierdziła Karolina, ale zauważyła, że whisky, którą odebrała jednej dziewczynie, wyżłopała jej przyjaciółka. - Monia!

         Rudowłosa właśnie złapała jakąś dziewczynę przy barze za ramiona i potrząsając nią opowiadała po polsku.

- I myśli, że co? Że machnie tą swoją lokowaną grzywą, a ja mu padnę do stóp? O, nie ma mowy. Nie będę dla nikogo na wezwanie. Jestem panią sama sobie.

- Monika! Zostaw ją! - poleciła przyjaciółce Karolina, a ta machnęła tylko ręką.

- A widzisz moją przyjaciółkę? Ona jest w ciąży z Maxem. I nie chce mu nic powiedzieć. A tamta z tyłu, która właśnie wypija piwo temu kolesiowi... - Karolina z szybkością błyskawicy spojrzała na Luizę, którą na chwilę spuściła z oczu, a która już umoczyła dziób w czyimś piwie. - Prawie została zgwałcona. Uratowałyśmy ją.

         Całe szczęście, że mówiła po polsku, bo Bogu ducha winna dziewczyna mogła popędzić do gazet i rozgłosić, że spotkała nawaloną dziewczynę Jaya i ciężarną, którą zapłodnił jego kolega z zespołu. To brzmiało jak scenariusz do kiepskiej czarnej komedii.

- Dobra, macie już dosyć - oświadczyła znacząco Karolina i odciągnęła swoją przyjaciółkę za łokieć. - Jak masz na imię? - zwróciła się do nowej znajomej.

- Luiza.

         Dziewczyna słaniała się na nogach, ale usłyszała piosenkę ulubionego DJ'a i już ciągnęła na parkiet.

- Avicii! - powtarzała.

- Zostawmy ją i cho... - zaczęła Karolina, ale nie skończyła, bo Monika już była na parkiecie i wywijała w rytm jakiejś nieznanej im piosenki klubowej.

- Zatańczymy? - zagaił jakiś podpity facet, ale ona pokręciła głową.

         Miała dwie szalone dziewczyny do upilnowania. Z żalem obserwowała ich beztroskę i instynktownie złapała się za brzuch, w którym to biło dodatkowe serduszko. Wszystko wskazywało na to, że ona już nigdy nie będzie mogła być taka szalona i wolna jak one w tej chwili.

środa, 5 czerwca 2013

Rozdział 4 - "Madzia"

Kochane!

Przepraszam, że mimo wcześniejszych zapewnień o nadrobieniu nie wykonałam zadania na 100% (przeczytałam prawie wszystko, ale nie miałam czasu na komentarze). Koniec roku sprawił, że obudziłam się z ręką w nocniku i próbuję poprawić oceny. W ten weekend jednak już na pewno nic mnie nie powstrzyma i będę na bieżąco.

Póki co, kolejny rozdział, bo w końcu środa. Mam pewien zapas rozdziałów, ale na razie będę umieszczać je tylko raz w tygodniu, po zakończeniu roku się zobaczy :)

Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, mimo nudnych rozdziałów, przez które musicie przebrnąć. Piszcie śmiało w komentarzach swoje sugestie, bo zapas mam niewielki i będę brała pod uwagę Wasze preferencje (z czyjej perspektywy chcecie rozdziały, kto z kim ten-teges itp.).

W tym rozdziale poznajemy kolejne dwie postacie i dowiadujemy się, co u Magdy.

Pozdrawiam,
Jaycee.


          "Najtrudniejszy jest początek"
                             Gabriel García Márquez (Opowiadania)


            Anglia pod wieloma względami przyniosła jej pierwsze razy. Pierwszą miłość, pierwszą pracę, pierwsze zetknięcie ze światem celebrytów... Pierwszy mundurek, który przyszło jej wkładać do nowej szkoły.
         Pierwszy raz była prawie w pełni szczęśliwa. Gdyby tylko Nath nie musiał wyjeżdżać, wzleciałaby do nieba i nawet fakt, że musiała uczęszczać na zajęcia w obcym języku, dodatkowo z psychofanką Zayna, nie byłby w stanie ściągnąć jej w dół.
- Let me say heeeey!!! - Tuż nad uchem nastolatki wspomniana dziewczyna zawyła na fulla. - Ta piosenka jest zajebista.
         Na stoliku w stołówce wylądowała tacka z lunchem dziewczyny, a dwie bliźniaczki, z którymi Madzia właśnie próbowała się zaprzyjaźnić, momentalnie wstały i odeszły skrzywione. Pięknie. Jessica odstraszała wszystkie potencjalne kandydatki na jej koleżanki.
- Tak, rzeczywiście - przyznała cicho Madzia i miała zamiar wstać.
- A co ty, nie jesz? Twojemu chłopakowi się nie spodoba, że o siebie nie dbasz. Siadaj i dokończ. Nie bój się mnie.
         Łatwo ci mówić, pomyślała Madzia.
- Nie mam apetytu - skłamała. W rzeczywistości miała wielką ochotę na kurczaka z frytkami, którego kupiła sobie w bufecie.
- Masz. Jedz.
         Madzia wywróciła oczami i usiadła. W końcu Jess nie jest warta tego, żeby do końca dnia przez nią głodować. Po kolei pakowała sobie frytki do ust, żeby się czymś zająć. Szybko jednak przekonała się, że Jessica nie zamierzała zaczynać rozmowy, a fakt, że gapiła się na nią w milczeniu był gorszy niż konwersacja, więc Magda ją zagadnęła.
- To... jak tam terapia? - Celowo wspomniała czasy, w których psychofanka Zayna dała jej się ostro w kość. Może zrozumie, że najlepiej byłoby się od niej odczepić?
- Idzie powoli. Ale naprawdę już mi znacznie lepiej.
        Blondynka założyła włosy za ucho i zachichotała nerwowo. Może rzeczywiście była dla niej jakaś nadzieja.
- Więc nie włamujesz się już na plany teledysków? - dopytywała Magda.
- Nie. I lekarz kazał mi skasować wszystkie konta na twitterze.
- Wszystkie? To ile ty ich miałaś?
- Ze sto dwadzieścia.
         Jessica powiedziała to tak lekko, że Madzia zakrztusiła się frytką, mimo iż od roku powtarzała sobie, żeby nie jeść przy konwersacji, bo często źle się to kończyło.
- Ale jest dobrze. Przekonuję się nawet do The Wanted.
- To… dobrze...
- I naprawdę cieszę się, że ty i Nath jesteście szczęśliwi.
         Dziewczyna sięgnęła do torby i Madzia przez chwilę była pewna, że zaraz wyciągnie broń palną, ale ta miała w ręce tylko jakiś magazyn. Na okładce widniał Nath, przytulający jakąś dziewczynę. Nie, nie jakąś dziewczynę. Swoją dziewczynę z Polski.
- Schowaj to, bo wszyscy się dowiedzą! - syknęła Madzia przez zęby. Na pewno nie potrzebowała przyjaźni z chęci zysku. W szkole na pewno było sporo fanek The Wanted, które gotowe byłyby dać się pokroić na kawałeczki, byle tylko mieć szansę spotkania swojego idola. A w jeszcze gorszym wypadku Magda mogła stać się obiektem ataków zazdrośnic.
- Dobrze, już dobrze. - Jess wcisnęła magazyn z powrotem do torby ku uldze Madzi i najwyraźniej zdecydowała się zmienić temat. - Jak w nowej szkole?
- Eee... może być.
         Odstraszasz ode mnie wszystkich, pomyślała nastolatka, ale nie powiedziała nic na głos, bo obawiała się, że może oberwać pięścią w głowę. Nadal nie była pewna, czy ta dziewczyna rzeczywiście zeszła na dobrą drogę.
- Bo... mój lekarz twierdzi, że dobrze byłoby, gdybym zaczęła się kolegować z kimś miłym, a że my już wcześniej się kolegowałyśmy... Może wpadniesz do mnie po zajęciach? Odrobimy razem lekcje i pójdziemy w miasto.
- Och, bardzo mi miło. - Madzia zacisnęła dłoń w pięści i zmusiła się do wysilenia mózgu nad jakąś sensowną wymówką. Jej wzrok padł na ulotki rozsypane na stoliku, które zapraszały na zajęcia chóru szkolnego. - Ale nie mogę. Idę na przesłuchania.
         Nastolatka poderwała w górę różową ulotkę, na której zabawną czcionką nabazgrano zaproszenie na zapisy.
- "Wredne Zalotki - żeńska grupa wokalna zaprasza nowe członkinie na casting o 17". Serio? - Jess spojrzała krzywo na Madzię, a ta wzruszyła ramionami.
- Cóż mogę powiedzieć? Zawsze lubiłam śpiewać.
- Ech, no to szkoda. Też bym poszła, ale mam głos jak transwestyta - zakasłała Jessica. - Ale może innym razem?
- Tak, może innym razem.
         Madzia rzuciła koleżance pokrzepiający uśmiech i wepchnęła sobie do ust ostatnią frytkę. Specjalnie zjadła tak szybko, że nabawiła się czkawki, ale nie chciała dłużej siedzieć z tą dziewczyną. "Wredne Zalotki" też nie wydawały się świetnym zajęciem pozalekcyjnym, bo kiczowate różowe ulotki dawały Madzi obraz przedsięwzięcia, które najprawdopodobniej do zbyt popularnych nie należało.
         Była to jednak okazja do poznania nowych ludzi. Dziewczyn. Koleżanek. No i kiedy zapisywała się do szkoły dyrektorka powiedziała jej, że za zajęcia dodatkowe jest się dodatkowo punktowanym, więc... czegóż mogła chcieć więcej? Zawsze lubiła śpiewać, nieraz z siostrą urządzały sobie karaoke i wydzierały się jedna do drugiej. Szło im różnie, ale przecież była to grupa wokalna, a ona nie musiała zaraz zostać solistką.
         Lekcje zleciały jej jak z bicza strzelił i ani się obejrzała, a czekała przed aulą na przesłuchania. Sama.
- No to pięknie - westchnęła pod nosem. - Pewnie to jakiś chór dla oferm.
- Nie jesteśmy superpopularne, ale robimy to, co lubimy - usłyszała za sobą i obejrzała się, by ujrzeć wysoką i szczupłą szatynkę z piwnymi oczami.
        Była ładna w naturalny sposób, a jej oczy roztaczały wokoło radość życia, co bardzo się Madzi spodobało, podobnie jak kilka subtelnych piegów wokół nosa. Szybko zreflektowała, że jej słowa mogły urazić potencjalną nową koleżanką.
- Przepraszam... Pomyślałam, że nikt nie przyjdzie.
- Też tak myślałam. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale na ulotkach nie ma daty. Codziennie przychodzimy do auli o 17 w nadziei, że swoją obecnością zaszczyci nas jakiś anielski głos.
- Anielski głos? - prychnęła Madzia. - Nie słyszałaś jeszcze, jak śpiewam.
- Musisz być aniołem, bo spadłaś nam z nieba - roześmiała się dziewczyna. - Jestem Alex.
- Maggie, miło mi.
- A skąd jesteś? Polka?
- Tak, aż tak mnie zdradził akcent?
- Nie, raczej twoja przypinka do torby.
         Madzia spojrzała na swoją torbę, do której przypięła kilka znaczków z polską flagą i niezbyt subtelnym napisem I Love Poland, co miało być namiastką domu.
- Równie dobrze mogłabym sobie wytatuować to na czole.
- W chórze jest jeszcze Maya. Do piątego roku życia mieszkała w Polsce i w domu rozmawia z rodzicami po polsku. Na pewno się dogadacie.
- Świetnie!
         Madzia się rozpromieniła. Dziewczyna niebywale robiła na niej dobre wrażenie. Nagle poczuła jak potrąca ją jakaś rozpędzona kobieta, która wyhamowała przed aulą w ostatniej chwili. Miała krótkie wypłowiałe blond włosy i okulary nisko na nosie. Do tego szerokie szaro-brązowe spodnie i zwyczajną białą koszulę. Wyglądała jak ucieleśnienie nauczycielki, nieco roztrzepanej, ale sympatycznej.
- Dzień dobry - wysapała. - Alice Bennett. Prowadzę chór.
- Maggie - nastolatka się przedstawiła i dała się zaprosić do środka, mimo iż miała niewielkie obawy.
         Aula była wielka, a póki co one były w niej tylko we trzy. Alex wspomniała, że chór nie jest zbyt popularny, więc zapewne nazywanie go chórem było z grubsza przesadzone.
- Czy przyjdzie ktoś jeszcze? - zagadnęła z niepewnością nastolatka, rozglądając się wokoło, czy aby gdzieś za siedzeniami nie kryje się jakaś nieśmiała szara myszka.
         Na nic takiego się nie zanosiło.
- Wątpię, złotko. "Wredne zalotki" nie są dość popularne.
- Może przez tę nazwę? - westchnęła Alex, zakładając ręce na piersiach. - Ciągle powtarzam, że czas na zmiany, ale dziewczynom się podoba.
- Dziewczynom?
- Tak, a co, myślałaś, że jestem tylko ja?
- Szczerze... tak.
- Szczerze... nie dziwię ci się.
         Pani Bennett zasiadła do pianina i zaczęła bębnić w nie zadziwiająco wprawnymi palcami.
- To jak będzie, kochana? Chcesz nam pokazać swój anielski głos?
- Jeśli chodzi o to, to wcale nie jest anielski. I nie wiem, dlaczego wszyscy to powtarzają. - Madzia spojrzała znacząco na nową koleżankę, która wzruszyła ramionami.
- Po prostu mamy dobre przeczucia.
- Tylko że ja nigdy nie śpiewałam...
- To nic! - Nauczycielka pokręciła głową i podciągnęła okulary tak, że trzymały jej się teraz na szczycie blond fryzury. - Wszystkiego można się nauczyć. Może divą operową nie zostaniesz, ale do śpiewania w chórze na pewno cię przyuczymy. Gdybyś słyszała jak piała Maya , zanim do nas dołączyła.
- Hej, ściany mają uszy! - Od drzwi rozległ się kolejny dziewczęcy głos i w auli były już dwie nowe potencjalne koleżanki, które Madzi niewątpliwie się spodobały. - Wszystko powiem Mayi. - Wzrok nowoprzybyłej padł na zdezorientowaną Magdę. - Nowa?
- Jeszcze nie. - Alex zmrużyła oczy, ale po chwili się roześmiała. - Ale są dobre prognozy na przyszłość.
- A co, ma anielski głos?
         Stanowiły chyba zgrany zespół, bo wyrażały się podobnie. Madzia poczuła, że to może być jej miejsce. Lubiła śpiewać. Ale czym powinna się teraz pochwalić? Zdała sobie sprawę, że niczego sobie nie przemyślała, kiedy pani Bennett zwracała się do niej łagodnym głosem.
- Kochana, co śpiewamy?
- Eee... No...
- Nie krępuj się. Masz może jakiś ulubiony zespół?
         Madzia głośno przełknęła ślinę i modliła się, żeby nikt tego nie usłyszał.
- No, dalej. Co zaśpiewasz?
- "I'll Be Your Strenght" The Wanted - wydusiła w końcu.
- Obawiam się, że tego nie znam.
- Ale my znamy! - podekscytowała się Alex. - Zrobimy harmonie, a Irene zagra na pianinie.
         Madzia uśmiechnęła się z wdzięcznością. Nowo przybyła Irene biodrem szturchnęła nauczycielkę, by ta zwolniła jej stołek przy pianinie i spojrzała znacząco na Magdę, która odchrząknęła i zaczęła śpiewać. Nowe koleżanki dołączyły do niej i wyszło naprawdę dobrze.
- Masz fajną, ciepłą barwę głosu. Musisz tylko wydobywać głos z przepony, nie z płuc, wtedy lepiej poradzisz sobie z wyższymi dźwiękami. Brzmiałyście naprawdę świetnie i tego było nam trzeba.
- Czyli jestem przyjęta?
         Nauczycielka się uśmiechnęła i pokiwała głową twierdząco, a dwie nowe koleżanki podeszły do nastolatki i zaczęły ją ściskać, jakby znały się od dawna. Godzinę później siedziały w barze mlecznym niedaleko szkoły, a dołączyły do nich kolejna dziewczyna, Maja.
         Jak się Madzia dowiedziała, były to dziewczyny w bardzo podobnym. Alex, którą poznała jako pierwszą miała prawie siedemnaście lat. Irene była piętnastolatką, która marzyła o karierze aktorki, Polka Maja była jej równolatką i koleżanką z klasy. Dopiero kiedy opowiadała o sobie, Madzia mogła jej się przyjrzeć. Miała czarne, sterczące na wszystkie strony włosy i za dużą bluzę, w której niemal topiła się przy swoim skromnym metr sześćdziesiąt wzrostu.
- Idzie ta świruska, menu, szybko! - zawołała Maya i wszystkie jak na zawołanie uniosły karty menu, którymi zasłoniły sobie twarze tak, że przechodząca za szybą Jessica ich nie zauważyła.
- Uff, mało brakowało - westchnęła Alex .
- Musisz na nią uważać - dodała Irene.
- Tak się składa, że ją znam. Pracowałam kiedyś dla jej wujka.
- Ale jej wujek jest... - zaczęła Alex.
- Tak, reżyserem wideoklipów. Teledysk do "One Thing" jest po części moim pomysłem - przyznała się Madzia.
         Alex zasłoniła sobie usta ręką, a Madzia zmarszczyła brwi.
- A jej co?
- Uwielbia One Direction - wyjaśniła Irene.
- Oby nie tak jak Jessica - roześmiała się Madzia i wszystkie jej zawtórowały.
- No to... powiedz nam coś o sobie. Skoro mamy spędzać ze sobą czas, musimy wiedzieć, czy i ty nie jesteś... - Maja urwała i wykonała gest, który jasno określał niepoczytalność.
- Chyba jestem normalna, ale moje życie na pewno do normalnych nie należy.
- A nasze to niby jest? Alex koczowała pod centrum handlowym, w którym One Direction podpisywali płyty, a potem biegła za ich samochodem przez dwa kilometry, aż zdała sobie sprawę, że już na pierwszym zakręcie ich zgubiła.
- O ci chodzi? Biegłaś razem ze mną.
- Tak, żeby cię zatrzymać.
- Wmawiaj to sobie dalej.
- Za Wredne Zalotki! - oświadczyła Irene, żeby uciąć ten spór i uniosła w górę szklankę z truskawkowym szejkiem. Reszta dziewczyn poszła w jej ślady.
         Madzia była pewna, że znalazła miejsce dla siebie.

Blog List