środa, 26 czerwca 2013

Rozdział 7 - "Ameryka"

Najdroższe czytelniczki!


Nadejszła wiekopomna chwila. Oto rozdział z perspektywy The Wanted. Powraca stary humor, który mam nadzieję Wam się spodoba. Do "Wanted Direction" mam sentyment. Lubiłam tamten humor, ale jednak jestem o rok starsza i postanowiłam spróbować pisać coś innego. Myślę, że fakt iż te rozdziały są gorsze wynika nie z faktu, że są pisane z różnych perspektyw, ale z tego, że rzadziej pojawiają się chłopaki. Niedługo się to zmieni.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze :*

 
Pozdrawiam.


„Rozstanie jest małą próbką śmierci z możliwością zmartwychwstania.
A ponieważ ta możliwość istnieje, trzeba z uśmiechem opłakiwać umarłych.”
Stanisława Fleszarowa-Muskat - "Kochankowie róży wiatrów"


         Siedział w swoim pokoju hotelowym, bezsensownie wgapiając się w telewizor. Jego myśli krążyły wokół kłótni, która wbrew jego oczekiwaniom nie zakończyła się tak, jak wszystkie poprzednie. Nie był pewien, na czym stoi, ale najprawdopodobniej w samych bokserkach na śniegu. Chłód bijący od Moniki zmroził go do tego stopnia, że nie potrafił ocenić, czy jest na nią zły czy smutny. No i nie miał pojęcia, czy po powrocie do Anglii wszystko będzie tak samo jak było.

- Wreszcie wyszło to cudeńko! - oświadczył Tom, wciskając się na kanapę między zamyślonego Jaya a Sivę, który zażarcie smsował z Nareeshą. - Oglądamy?

- Jakie cudeńko? - nieprzytomny wzrok Jay przeniósł się na Toma, który wyszczerzył zęby.

- "Droga Rozpaczy 3" - wyjaśnił za kumpla Nath, który właśnie wszedł do pokoju. - I nie, oni też nie chcą tego oglądać.

         Jay spojrzał z politowaniem na Toma, który próbował ich przekonać, że Max nie ma ochoty na niskobudżetowy horror, mimo iż przywołuje on tyle wspomnień. Nie mieli pojęcia, że kilka dni wcześniej Monika również sięgnęła po DVD z filmem, żeby powspominać stare czasy.

- A jak Ptaszek ciągle nas zmuszał do oglądania "Avatara" to nikt nie protestował - zasępił się Tom.

- Wszyscy protestowali - westchnął Nath.

- No... ale to jest klasyka.

         Parker jako tonący chwytał się brzytwy, ale nikt nie miał ochoty potowarzyszyć mu w "Drodze Rozpaczy", więc dał sobie spokój. Obracał w dłoniach pudełko od filmu i czuł się niebywale ignorowany, jako że Siva nadal pisał wiadomości tekstowe, uśmiechając się do telefonu, a Nath zamknął się w sypialni, by porozmawiać ze swoją dziewczyną.

- Nie izoluj się! - zawołał za nim Tom.

- Tęsknię za Maggie. Kamery internetowe to błogosławieństwo.

- Odłóż na później ten cyber-seks. Może chociaż na jakąś imprezę wyjdziemy?

         Sykes nie usłyszał propozycji wyjścia, bo zakrztusił się przy cyber-seksie chrupkami, które wpakował sobie do ust.

- W życiu mi takie coś do głowy nie przyszło! - odkrzyknął.

- Nie kłam, Młody! Cyber-pożycie jest lepsze niż żadne, prawda? - Tom objął Jaya, który rzucił mu mordercze spojrzenie. - No co? Wyjeżdżałeś podekscytowany, wróciłeś poirytowany. Sam wydedukowałem, że Brukselka... nie zmiękła odpowiednio.

- Zamknij się - warknął Jay.

- Lepiej go nie wkurzać - wtrącił Siva. - Tym razem ta kłótnia wygląda mi na poważną.

- Dlaczego?

         Loczek niemal zepchnął Toma z sofy, kiedy przesiadał się koło swojego drugiego przyjaciela.

- Nareesha coś mówiła? Może Monica się z nią kontaktowała?

- Nie wiem, nie pytałem.

- To zapytaj!

- A może sam sobie wyjaśnisz wszystko ze swoją dziewczyną, kiedy za kilka dni wrócimy do Anglii? Oboje musicie trochę ochłonąć i przemyśleć swoje priorytety. Seks nie jest w związku najważniejszy.

         Głęboką myśl Sivy przerwało parsknięcie Toma, ale kiedy chłopak spojrzał na niego z dezaprobatą, ten uniósł ręce w geście poddania.

- Masz rację, że musimy sobie wszystko wyjaśnić... Źle zrobiłem, że naciskałem, ale się stęskniłem i… - kontynuował Jay.

- Trzeba było dawać jakieś oznaki życia, a nie przyjeżdżać znienacka i stawiać ją pod ścianą. Wszyscy wiemy, kto w tym sporze zawinił. - Do rozmowy wtrącił się Max, który właśnie przymaszerował z pokoju na przeciwko.

- Znalazł się pan specjalista - prychnął Tom. - Wracaj się nudzić do siebie, skoro nie chciałeś filmu oglądać.

         Naburmuszony Parker założył sobie ręce na klatce piersiowej i odrzucił głowę w bok, ale został zupełnie zignorowany.

- Że niby to moja wina? - Jay głośno przełknął ślinę.

- Tak. Ty i Monica spotykacie się zaledwie od miesiąca, a przez ponad połowę tego czasu my jesteśmy w Stanach, a ty nie dawałeś znaku życia.

         Jay podrapał się po Loczkach i zamyślił głęboko.

- Próbujecie mi powiedzieć, że mam być bardziej wyrozumiały?

- Nie! Próbujemy ci powiedzieć, że masz za mało uroku - prychnął Tom, a Max pacnął go w tył głowy. - No co? Ten psychopata z "Drogi Rozpaczy" jest w stanie wysilić się na więcej romantyzmu niż ten idiota.

- I tak nie będziemy tego oglądać.

- A szkoda, powinniście się od niego uczyć.        

         Tom naburmuszył się i wyszedł z pomieszczenia.

- Za kilka dni wracamy do Londynu. Zabierz Monicę na jakąś romantyczną kolację, kup jej kwiaty, albo... bo ja wiem, może wynajmij ten domek nad jeziorem? Rusz głową, a nie tylko zjawiaj się znienacka i czekaj na gotowe - poradził Max, a Loczek pokiwał głową.

         Siva uśmiechnął się do niego dobrodusznie, ale nie był w stanie poprawić mu humoru, tym bardziej, że Monika nie odbierała telefonu.

- Wszystko będzie dobrze - pokrzepili go przyjaciele, ale sytuacji nie pomagały chichoty, które słyszeli zza zamkniętych drzwi.

- Nie, ty się rozłącz! - mówił Nath.

- Nie, ty! - odpowiadała mu Madzia, której uśmiechnięta twarz wyświetlała się na ekranie monitora.

         Jay wpadł na pewien pomysł i wtargnął, przerywając romantyczną rozmowę.

- Urocze to, ale... mogę? - spytał.

- Nie!

         Zupełnie zignorował Natha i położył sobie jego laptopa na kolanach.

- Cześć, Meggs!

- Eee... Cześć, Jay.

- Co tam?

- Nic.

         Na pewno domyślała się, czego się chce chłopak dowiedzieć, ale nie mogła udzielić mu żadnych informacji, bo siostra poprosiła ją, żeby nie wspominała o niczym nawet Nathowi.

- Monica nie odbiera - oświadczył Jay bez ogródek.

- Nic dziwnego. Podpadłeś jej. Nie odzywałeś się przez dwa tygodnie, a potem nagle pojawiłeś się z Londynie i oczekiwałeś, że padnie ci w ramiona? A ten tekst o amerykańskich fankach? To już było przegięcie - westchnęła nastolatka.

         Siva pokręcił głową z dezaprobatą, a Max uderzył się otwartą dłonią w czoło. Nie znali tego ostatniego szczegółu, o którym Jay im nie wspomniał. Wyglądało na to, że rzeczywiście przegiął. Nath opadł ciężko na łóżko. Rozumiał, że jego dziewczyna musi się uczyć, ale mógł z nią jeszcze trochę porozmawiać, tymczasem jego głupi kumpel kradł im cenne chwile.

- Jestem głupi, wiem. Ale... mogłabyś z nią porozmawiać? - poprosił nastolatkę Jay.

- Rozmawiałam i jest uparta jak osioł.

- Cała Brukselka - westchnął Max.

- No a... czy bardzo jest źle? - Jay zacisnął zęby i czekał na odpowiedź.

         Madzia pokiwała głową twierdząco, a on nerwowo potarł kark.

- Widzisz, trzeba było dzisiaj w wywiadzie przyznać się, że masz dziewczynę, a nie wyrywać się z informacją, że jesteś singlem, a dziewczyna, z którą zrobiono ci zdjęcie to twoja kuzynka - wtrącił Siva, popijając wodę z butelki, a Jay rzucił mu lodowate spojrzenie w stylu "to miało zostać między nami".

- Och... coś przerywa... - oświadczyła w końcu Madzia. - Do zobaczenia!!!

         Ostatnie zdanie było wykrzyczane w złości, po czym połączenie zostało zerwane.

- Wielkie dzięki, Seev - zasępił się Jay.

- No co? Nawet Nath się przyznał, że jest w związku, przez co stracił sporo śledzących na twitterze. - Wielki Indianin stanął w swojej obronie.

- Nie obchodzą mnie śledzący, mógłbym mieć tylko jedną.

         Sykes nadal leżał na swoim łóżku z rękoma założonymi pod głowę, zamyślony i uśmiechnięty. Zakochany po uszy.

- Ale to nie byłoby dobre dla wskaźników sprzedaży płyt i biletów na koncerty. - Z progu usłyszeli męski głos swojego nowego menedżera, który zakasłał znacząco.

- Powiecie Tomowi, że nie będę z nim oglądał "Drogi Płaczu"?

         Zza pleców mężczyzny wychylił się Parker, ściskający płytę DVD. Wyglądał na oburzonego.

- "Drogi Rozpaczy"! - poprawił swojego menedżera. - I nie chcesz oglądać to nie! Podobno jest opcja, by wybierać zakończenie wedle gustu. Ja zamierzam to sprawdzić.

- Dobra, sprawdzaj - westchnął menedżer. - Ale najpierw chcę z wami porozmawiać, właśnie o tych siostrach. Sporo zamieszania. Jay dobrze wybrnął z sytuacji, ale ty Nath mnie niepokoisz.

         Nath przysiadł do pozycji siedzącej i zmarszczył brwi. Nie rozumiał, o co chodziło, a raczej nie chciał dopuszczać do siebie informacji, którą próbuje mu przekazać menedżer.

- Jednym z moich zadań jest dbanie o wasz wizerunek. Nie stylizacje, ale to, jak jesteście postrzegani przez fanki. Już wcześniej straciłeś sporo śledzących na twitterze, a po wczorajszym wywiadzie, w którym praktycznie przyznałeś się, że jesteś szczęśliwie zakochanych z twojego konta ubyło dwadzieścia tysięcy fanek.

- Nie były fankami, skoro przestały go śledzić tylko dlatego, że zdeklarował, że jest w związku - słusznie zauważył Max.

- To nie ma znaczenia. Stanowiły target, grupę docelową, której wciskamy całą muzykę, gadżety i bilety na koncert. Wolny Nath to szansa dla tych wszystkich nastolatek, które gotowe są wydać każdą kwotę, by stanąć blisko swojego idola i być może zostać jego Kopciuszkiem. Żadna jednak nie chce być piątym kołem u wozu - wyjaśnił menedżer.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał zszokowany Nath. - Że mam zerwać z Maggie?

- Nie, nie to jest moją intencją! Na pewno to miła dziewczyna i rozumiem, że nie można stawać na przeszkodzie miłości, ale... czy mógłbyś tak się z tym nie obnosić?

- Znaczy, że mam kłamać?

- Nie kłamać. Naginać prawdę. Tak jak Jay.

         Menedżer wskazał na Loczka, który ze wstydu ukrył twarz w dłoniach.

- Bez obrazy dla Jaya, ale zależy mi na moim związku i nie zamierzam go zaprzepaścić prowadząc związek w ukryciu.

- Więc porozmawiaj z dziewczyną. Dla nas ważne jest utrzymanie fanek, szczególnie teraz, kiedy będziecie mieli własny reality show kręcony w L.A. Dla niej też byłoby to dobre rozwiązanie, nie doświadczałaby tej krytyki, która może zdołować.

         Nath zakrył sobie usta ręką. Nie chciał, żeby Madzia cierpiała, ale nie chciał też ukrywać swojego szczęścia przed światem. Stanął w kropce, ale zobowiązał się, że z nią porozmawia, jak tylko wrócą do Londynu.

         Z napięciem przeczekał kilka dni, które dzieliły go od spotkania z ukochaną. Po wylądowaniu wszyscy wpakowali się w samochód i dyskutowali zażarcie, co też zrobią i gdzie udadzą się najpierw. Samochód zatrzymał się przed mieszkaniem Nareeshy, do której popędził Siva, a drugą w kolejności lokacją miało być mieszkanie, w którym tymczasowo mieszkała Maggie. Jay był jednak zbyt zniecierpliwiony i chciał załatwić swoje sprawy najpierw. Tym bardziej, że Monica nie odbierała telefonu i odchodził od zmysłów.

         Wbiegł na górę pełen nadziei. Kiedy jego klucz zachrobotał w zamku serce podskoczyło mu do gardła i uśmiechnął się na to dziwaczne uczucie, bo wiedział, że była to miłość.

         Szybko jednak przekonał się, jak boli złamane serce, kiedy zastał mieszkanie puste. Wszystkie rzeczy jego dziewczyny zniknęły, a smętny i osamotniony skrawek papieru, na którym dopisała dla niego odpowiedź odebrał nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek będzie dobrze. Monika go zostawiła.

czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział 6 - "Sąsiedzi"

Dziewczyny, przepraszam za opóźnienie w komentowaniu, ale dostałam udaru z tego gorąca i masz babo placek. Na szybko wklejam rozdział, ale nadrabiać zaległości będę dopiero jutro, jak odpocznę w domu, w jakimś ciemnym kącie.
Dziękuję Wam bardzo, że skomentowałyście rozdział 5, mimo iż ja nie dodałam nic u Was. Obiecuję poprawę. W tym rozdziale na osłodę chłopaki z Lawson, w kolejnym powraca The Wanted.
Pozdrawiam :*



„Ostatecznie żyjemy po to, aby zapewniać rozrywkę sąsiadom i sami ich wyśmiewać.”
Jane Austen ("Duma i uprzedzenie")


         Drzwi niewielkiego mieszkania w starej kamienicy otworzyły się lekko i do środka wszedł jej właściciel. Powoli doczłapał do łóżka, po drodze rzucając na podłogę kurtkę. Ostatni rok był zakręcony pod wieloma względami. Zespół, w którym grał po czterech latach wreszcie wydał płytę i stawał się znany nie tylko w Anglii, ale i na świecie. Niebawem miała się zacząć trasa koncertowa, a on czuł się szczęśliwy. Wracał właśnie z sesji zdjęciowej, w której rozstawiano go po kątach, co wymęczyło go do tego stopnia, że pragnął tylko spać. Zamierzał zadzwonić do swojej dziewczyny, która mieszkała w Stanach, ale uwzględniając zmianę czasu musiał zrezygnować z tych planów, gdyż jego dziewczyna była jeszcze w pracy. Westchnął i opadł ciężko na łóżko, dociskając twarz do poduszki. Po chwili słychać było tylko jego chrapanie.

Jakiś czas później niepokojące odgłosy dobiegające zza okna brutalnie wyrwały go z sennych fantazji, co najwyraźniej mu się nie spodobało. Zmarszczył brwi, chwycił kij baseballowy, który ze względów bezpieczeństwa trzymał zawsze koło łóżka, i starając się nie spłoszyć potencjalnego włamywacza, zaczaił się koło okna. Odgłosy, które go zaniepokoiły były prawdopodobnie spowodowane czyimiś krokami na schodach przeciwpożarowych.

- Cholerny wynalazek! – zaklął pod nosem i spróbował się skupić na zadaniu.

Było to trudne, bo był strasznie zmęczony, a oczy same mu się kleiły. Ile przespał? Dwie godziny? Może trzy? Nie miał czasu spoglądać na zegarek, teraz liczyło się tylko to, aby pozbyć się niechcianego gościa. Firana lekko się poruszyła i wtedy przystąpił do ataku. Na oślep uderzył kijem intruza, który wpadł przez okno do pokoju i skulił się na środku podłogi. Dopiero po chwili oprzytomniał i przyjrzał się bliżej napastnikowi.

- Ryan? – spytał, odkładając kij na bok i podając młodemu mężczyźnie rękę, aby pomóc mu wstać.

- Odbiło ci, Joel?! – wrzasnął wysoki, szczupły blondyn z postawioną grzywką, który cały obolały z trudem podniósł się do pozycji stojącej.

- Przepraszam, wziąłem cię za włamywacza.

- Czy włamywacz krzyczałby: „nie bij mnie Joel, to ja, twój przyjaciel, chciałem cię tylko odwiedzić”?! – Ryan przespacerował przez pokój i usiadł w wytartym fotelu.

- Przepraszam, jestem zmęczony. Nie każdy lubi pozować, tak jak ty.

- A ja myślę, że tęsknota za Kathryn cię wykańcza - westchnął blondyn.

         Szybko jednak zreflektował, że nie szedł po schodach przeciwpożarowych sam, bo wyjrzał przez okno i ujrzał swojego przyjaciela, który już po chwili wpadł do mieszkania i uniósł ręce, jakby wygrał w jakimś wyścigu.

- Niespodzianka!

- Teraz już wiem, dlaczego mówiłeś: „idź pierwszy, zrobisz lepsze wrażenie” - syknął Ryan. Na pewno został wrobiony.

         Adam, drugi z przybyłych gości, spojrzał na kij baseballowy i szybko skojarzył fakty. Uśmiechnął się pod nosem, ale szybko przybrał poważny wyraz twarzy i poklepał Ryana po ramieniu.

- Przepraszam, podmucham. Gdzie boli?

- Lepiej pocałuj! – zachichotał Joel, któremu nagle ochota na spanie przeszła jak ręką odjął.

         Widział tych wariatów kilka godzin wcześniej, ale zawsze jednakowo cieszył się, kiedy przebywali razem. Gdyby jeszcze miał pod ręką swoją dziewczynę, byłby w pełni szczęśliwy. Związki na odległość bywały męczące.

- No to plan jest taki! Jako że obecny tutaj Ryan Fletcher stał się bohaterem ratując niewiastę spod kół autobusu i nie biorąc od niej żadnego namiaru, powinniśmy to uczcić - oświadczył nagle Adam.

- Acha. I dlatego włamaliście się schodami przeciwpożarowymi?

- Nie, Andy uznał, że to będzie zabawne.

- Dla kogo zabawne dla tego zabawne - prychnął Ryan, rozmasowując bolące ramię. - Kto normalny trzyma kij bejsbolowy w mieszkaniu?

- Ktoś, kto ma tak nienormalnych przyjaciół, że włamują się zamiast kulturalnie zapukać. - Joel rozbawiony założył ręce na piersiach.

- Twój dozorca mnie przeraża. - Adam się wzdrygnął.

- No i kto normalny mając pieniądze na porządniejsze mieszkanie wybiera taką ruderę?

         Mieszkanie rudery nie przypominało, ale budynkowi przydałby się niewątpliwie remont. Joel wybrał je, właścicielem kamienicy był wujek jego dziewczyny.

- Zawsze możesz wprowadzić się do mnie - zaproponował Ryan, szczerząc zęby. - Z bohaterem będziesz bezpieczny.

- Nie, dzięki. Tutaj jest mi dobrze.

- No to co? Idziemy na imprezę? - Adam zatarł ręce.

- Na jaką imprezę?

- No... Na taką imprezę z okazji dnia wolnego.

        Joel spojrzał na swoich uśmiechniętych przyjaciół. Jeden był wysoki, drugi niski. Rozbawił go ten kontrast. Chwycił swoją kurtkę i spojrzał w kierunku drzwi.

- Chyba że wolicie schody przeciwpożarowe.

         Pokręcili głowami i chwilę później witali się z Andym na dole.

- Dzisiaj będzie kameralnie - oświadczył akcentem z Manchesteru, ale uśmiech, który błąkał się po jego twarzy jasno dawał Joelowi do zrozumienia, że mimo iż chłopacy z The Wanted byli w Stanach, ta impreza miała być suto zakrapiana alkoholem.

        *

         Nie wierzył, że po raz kolejny dał się wyciągnąć chłopakom na imprezę w środku tygodnia. Telefon wył niemiłosiernie tuż przy jego uchu, kiedy skacowany próbował sobie przypomnieć, o której wrócił. Druga, tak, to musiała być druga. Ledwo wziął prysznic i zasypiał, zza ściany nowa sąsiadka oznajmiała swoim towarzyszkom, że "czym chata bogata" i mogą zostać, jak długo chcą, bo potrzebuje lokatorek. Druga, jeszcze bardziej nieznośna, śpiewała na całe gardło jakąś piosenkę w obcym języku, a potem wykrzykiwała, że faceci są do bani, a ci sławni przechodzą sami siebie. Trzecia, najwyraźniej trzeźwa, uspokajała dwie pozostałe, ale szło jej marnie, a przy tym zachowywała się jeszcze głośniej. W rezultacie przez hałasy zza ściany zasnął dopiero o czwartej i nie miał pojęcia, która była teraz, ale jego przyjaciel najwyraźniej uznał, że dobrym momentem będzie powieszenie ich wspólnego zdjęcia, bo zaczął walić w ścianę młotkiem, by umieścić tam gwóźdź.

- Jest dziesiąta!!! - krzyknął blondyn, a zaspany właściciel mieszkania przetarł oczy i spojrzał na niego.

- Co ty robisz?

- Prowadzę konwersację z twoją sąsiadką zza ściany.

- Chodziło mi raczej, dlaczego najpierw wychodzisz z inicjatywą libacji alkoholowej, a teraz nie dajesz mi odespać kaca. To jedyny wolny dzień od dawna, Ryan, na litość boską.

- Wybacz. Musieliśmy oblać to, że wczoraj uratowałem jakaś niewiastę od niechybnej śmierci.

         Ryan wyszczerzył zęby i zeskoczył ze stołka, by przyjrzeć się swojemu dziełu. Na ścianie w antyramie dumnie prezentowało się ich wspólne zdjęcie z dnia poprzedniego. Blondyn otulał ramionami dwóch swoich kumpli, a gdzieś na dole zza kadru wychylał się ich czwarty przyjaciel.

- Adam wygląda jak krasnoludek - stwierdził zgodnie z prawdą Joel.

- Nie tylko na tym zdjęciu - skwitował Ryan i zmieszany spojrzał na pobojowisko, które zostawili w kuchni.

         Właściciel mieszkania był jeszcze zaspany i nic do niego nie docierało. Kiedy podszedł do ekspresu do kawy stojącego na blacie w kuchni, zdał sobie jednak sprawę, że coś jest nie tak. Wokoło porozlewany był olej, a reszta pomieszczenia nie wyglądała lepiej.

- Ryan, czy tu wybuchła trzecia wojna światowa? - spytał, rozglądając się wokoło.

- Nie. Po prostu z rana byliśmy głodni, a każdy z nas miał ochotę na coś innego i... Bum! Mały nieporządek gotowy.

- Boję się myśleć, jak twoim zdaniem wygląda duży.

         Joel podrapał się po głowie. Pod lodówką na ziemi leżała ugotowana paczka makaronu. Na krześle leżał zmiażdżony pojemnik po jajkach, do patelni kleiło się coś nieokreślonego, a były to dopiero wstępne oględziny.

- Który to stwierdził, że zabawa w kucharza będzie odpowiednia?

- Hmm... W sumie to Adam. Liczył, że masz coś gotowego w lodówce, bo tak świetnie gotujesz, ale że wszystko było w czynnikach pierwszych, musieliśmy działać.

- I dlatego smażycie kamienie? - Joel zerknął na patelnię, a Ryan pokręcił głową.

- Andy miał ochotę na stek, ale o nim zapomniał, kiedy zauważył, że w telewizji leci transmisja meczu. No i troszeczkę się przypalił.

- Troszeczkę? Mi to wygląda na zwęglone na amen.

- Był gotowy do jedzenia, ale niestety Adam go podpalił.

- Co zrobił? - Joel zachłysnął się kawą, którą właśnie wziął do ust. - Niby po co miał podpalać kotleta na patelni?

- Stek - wyjaśnił Andy, który podniósł się z kanapy.

         Dopiero teraz Joel zauważył, że nie są sami.

- Dzień dobry, Śpiąca Królewno. Może rzucisz nieco światła na to podpalanie, bo Fletcher jest skrępowany.

- Cóż, chłopaki patrzyli mi się na ręce, więc poszedłem oglądać mecz, ale wydaje mi się, że stek zwęglił się, kiedy Ryan rzucił na niego podpalone papierowe ręczniki.

- O Boże... A jak te się podpaliły?

- Adam krzyknął, że rozlał olej, to rzuciłem mu ręczniki, ale ich nie złapał i wpadły na palnik, więc chciałem ratować sytuację, to wrzuciłem ręczniki na patelnię. - Ryan rozłożył bezradnie ręce.

- A dopiero ja zreflektowałem, że trzeba odciąć płomieniom dopływ tlenu. Inaczej całą chatę by ci spaliło. - Andy wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- No a ten makaron na podłodze? - westchnął zrezygnowany Joel.

         Jego pies, wielgachny mastif angielski, właśnie dochodził do miski i stwierdziwszy, że nie ma w niej nic godnego uwagi, zamierzał zabrać się za jedzenie makaronu. Chłopak odciągnął go od tego i wysypał mu nieco suchej karmy.

- Adam stwierdził, że skoro stek spalony, to można by ugotować makaron, ale nie byliśmy pewni, jak długo czasu trzeba go dudlać, więc rzucaliśmy nim o lodówkę. Bo podobno jak się przyklei, to jest aldente. - Fletcher dumnie wyprężył pierś, a Peat ukrył twarz w dłoniach.

- Nie mogliście sobie po prostu jajek usmażyć?

- Cóż, moglibyśmy, gdyby nie fakt, że ten idiota na nich usiadł. - Andy roześmiał się i wskazał na Ryana, który się naburmuszył.

- Trzeba było ich nie kłaść na krześle!

- A gdzie miałem je położyć, jak cały stół zastawiłeś całym badziewiem z lodówki, żeby wybrać dodatki do omletów?

- Badziewiem? - wtrącił Joel, ale zupełnie go zignorowali, więc się poddał. - To może chociaż powiecie, gdzie jest Adam?

- Poszedł po pizzę.

- Czyli mimo bałaganu nie udało się wyprodukować nic zjadliwego?

- Miło szczerych chęci. - Andy spuścił głowę.

- No to bierzcie się za sprzątanie, a ja pójdę z Piorunem na spacer.

- W gaciach? - uniósł się Ryan. - Ja pójdę!

         Zanim Joel zdążył zaprotestować, jego przyjaciel już łapał za smycz i wybywał. Andy stał koło niego w ciasnych gatkach i się rozciągał. Jego wzrok padł na powieszone na ścianie zdjęcie.

- Hej, Adam wygląda tu jak krasnoludek!

- On zawsze tak wygląda - westchnął Joel, cytując przyjaciela i powlókł się do łazienki, by wziąć prysznic.

*
O dziesiątej rano wredny i nieczuły sąsiad zza ściany najwyraźniej uznał, że do odpowiednia pora na remont i zaczął uporczywie uderzać młotkiem w ścianę. Luiza poderwała się do pozycji siedzącej. Tuż obok niej, przytulona do swojej torebki spała rudowłosa dziewczyna, którą jak przez mgłę pamiętała z poprzedniej nocy, ale nie mogła skojarzyć, dlaczego śpi w jej łóżku, bo odgłos młotka nie pozwalał jej się skupić. Z wściekłością dobiegła do ściany, która oddzielała ich mieszkanie i zaczęła walić w nią pięścią.

- Człowieku! Mógłbym grzmocić tym sprzętem o ludzkiej godzinie?!

- Jest dziesiąta!!! - odkrzyknął jej i już zamierzała rzucić w jego stronę siarczystą wiązankę przekleństw, ale miała teraz inne zmartwienie.

Włączyła napęd turbo. Jedną ręką myła zęby, drugą wkładała buta na obcasie. Była spóźniona, nie było ku temu najmniejszych wątpliwości. Do późna balowała z przyjaciółkami i w końcu zasnęła z nosem między popielniczką a niedopitym drinkiem tak, że musiała być odholowana do domu.

Komórka dzwoniła już od dobrych kilku minut, ale po prostu nie miała czasu jej odebrać. Spojrzała w lustro w przedpokoju. Nie zdążyła wziąć prysznica, więc spryskała się obficie perfumem o zapachu konwaliowym i związała przetłuszczone włosy w kucyk. Wyglądała znośnie, czyste ubrania nie czyniły z niej bezdomnej, która spała na lotnisku. Do małej torebeczki wrzuciła tylko telefon i portfel, i zapominając, że zostawia w swoim mieszkaniu nieznajomą, w biegu ruszyła na pierwszy dzień pracy w kawiarni.

Zanim dobiegła do schodów zderzyła się z jakąś dziewczyną.

- Dzień dobry! Już wstałaś! - rozpromieniła się na jej widok Karolina.

- Och... Wybacz, ale niewiele pamiętam z wczoraj.

- Miałaś kłopoty w klubie i ja i moja przyjaciółka przywiozłyśmy cię do domu. Powiedziałaś, że możemy zostać.

- Tak... dzięki!

         Nagle wszystko zaczęło klarować się w głowie dziewczyny. Rzeczywiście jej wybawicielki przytargały ją tutaj, mimo iż jedna z nich sama była pijana. Spojrzała na reklamówkę, którą trzymała w ręku jej koleżanka. Najwyraźniej zrobiła zakupy.

- Wybacz, ale pędzę do pracy, już jestem spóźniona. Czym chata bogata!

         Luiza pobiegła schodami w dół, a Karolina weszła do mieszkania, które właścicielka zostawiła otwarte.

W drodze po schodach spóźnioną minął wielki pies, bardziej przypominający niedźwiedzia. Straciła równowagę i upadła na kolana.

- Piorun, do nogi!!! - słyszała z góry.

- Nie dość, że spać nie dają, to jeszcze bydło w domu trzymają.

         Nick wychylił się ze swojego kantorka i spojrzał na nią zdziwiony.

- Sąsiedzi dają się we znaki?

- Nie, jest super. - Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

         Nie zamierzała się odwrócić, by zobaczyć przyjaciela właściciela psa, który zbiegał po schodach, by okiełznać pupila. Nie miała pojęcia, że jest to jej wybawca, którego zamierzała odnaleźć, a którego miała pod nosem.

         Wywróciła oczami i pchnęła ciężkie drzwi od kamienicy, by wreszcie, po dwuipółgodzinnym spóźnieniu pojawić się w kawiarni.

- I co ja mam z tobą zrobić? - spytała Audrey, kiedy Luiza na szybko bez czytania podpisała umowę i zabierała się za założenie fartucha roboczego.

- Być wyrozumiałą? - podsunęła dziewczyna.

- Ja jestem za bardzo wyrozumiała.

- Ale zrozum! Jedynym meblem w moim mieszkaniu jest materac, który dzisiaj dzieliłam z dwoma dziewczynami, których nawet nie znam i... - tłumaczyła się dziewczyna.

- Przystopuj z wyznaniami. Nie będę oceniać twojej orientacji seksualnej ani liberalnego podejścia do seksu, ale... oszczędź mi szczegółów.

- Ale to nie tak! Wczoraj byłam na imprezie i wypiłam za dużo. Jakiś obleśny typek się do mnie dobierał i dwie dziewczyny mi pomogły.

- Mam nadzieję, że nie w stylu "Thelmy i Louise" - zachichotała Audrey, a Lou nie miała siły pytać, o co chodzi, bo nie oglądała tego filmu.

         Poprawiła kucyk i przejrzała się w wiszącym na zapleczu lustrze. Wyglądała jak nie ona. Nie miała na sobie makijażu, a strój był taki zwyczajny i mdły, że sama siebie by nie poznała, gdyby nie wiedziała, na kogo patrzy.

- Po prostu moje życie stoi teraz na głowie i muszę je przywrócić do normalności - wyjaśniła w końcu dziewczyna.

- W porządku. Więc zacznij od obsługi klientów, będę nad tobą stała i wszystkiego cię nauczę. Ale nie będę tolerować spóźnień ani obijania się w pracy.

         Zapowiedziała kobieta i klepnęła Luizę w pupę tak, że ta zaczęła się obawiać, czy aby nie ma do czynienia z lesbijką. Cóż, choć w sumie to jej zachowanie mogło określać jej orientację seksualną. Dlaczego była taka głupia i lekkomyślna? Dlaczego poszła na tę imprezę i pozwoliła sobie wypić za długo w towarzystwie koleżanek ze studiów, które najwyraźniej nie lubiły jej na tyle, by zostać z nią do końca. Na garnuszku rodziców życie wydawało się jej o wiele prostsze, ale nie mogła do nich wrócić. Miała ambicję, by pokazać im, że jest coś warta. Ale w jaki sposób się do tego zabierała? Od początku życia "na swoim" prawie wpadła pod rozpędzony autobus i prawie została zgwałcona. W jej nowym mieszkaniu zostały dwie nieznajome, które sprawiały pozytywne wrażenie, ale równie dobrze okazać się złodziejkami i wynieść jej dobytek.

- Jezu, coś ty wczoraj we mnie wlała? - spytała zachrypniętym głosem Monika, która wbrew obawom Luizy, w ogóle nie miała ochoty ruszać się z jej mieszkania.

         Karolina roześmiała się beztrosko i zdjęła z głowy przyjaciółki poduszkę, którą ta przycisnęła sobie mocno do twarzy.

- Sama w siebie wlewałaś. Hektolitrami - wyjaśniła rozbawiona.

- No... ktoś musiał opijać to, że jesteśmy wolne i seksowne.

         Dziewczyna usiadła na łóżku i z wdzięcznością przyjęła od najlepszej przyjaciółki kubek z kawą, której łyk pociągnęła, parząc sobie język.

- Fuj. I do tego gorące.

         Karolina wzruszyła ramionami i odebrała kawę, a Monika wystrzeliła z łóżka w celu udania się do łazienki, ale zamiast tego zatrzymała się jak kołek na środku pokoju i rozglądała się wokoło.

- Eee... gdzie my jesteśmy?

- U Luizy. Tej dziewczyny, którą wczoraj obłapiał ten łysol w "Black Velvet".

- To jeszcze pamiętam, ale dlaczego spałyśmy u niej? I gdzie ona jest? I gdzie są meble?

- Cóż, pozwól, że cię oświęcę. Schlałyście się tak, że nie mam pojęcia, w jaki sposób trzymałyście się na nogach. Nie mogłyśmy zostawić jej samej sobie, a że podała nam swój adres, wzięłyśmy taksówkę i przyjechałyśmy tutaj. Ledwo weszłyśmy po schodach. Na całe gardło śpiewałaś, że "chciałabyś być supermenem", że kobiety muszą wziąć sprawy w swoje ręce, że mają trzymać się razem. Potem wspominałaś coś o związku macic. Luiza podłapała i zaproponowała, żebyśmy z nią zamieszkały. Potem jeszcze chwaliłaś wystrój wnętrza, a w końcu ległyście na materacu, a ja kimnęłam się w waszych nogach - wyrzuciła jednym tchem Karolina. - A braku mebli ci nie wyjaśnię.

- O Boże...

- No, po chrześcijańsku to się wczoraj nie zachowywałaś. Szczególnie jak chciałaś iść z DJ'em do jego kantorka.

- Co?

         Monika ukryła twarz w dłoniach.

- Z tym akurat żartowałam, ale cały czas powtarzałaś, że to zrobisz, bo Jay nie będzie rządził twoim życiem.

- Czy może być jeszcze gorzej? Spotkałyśmy chociaż tę twoją miłość zapowiadaną przez wróżkę Enigmę?

- Ona nie wspominała, że spotkamy tam jakąś miłość. To ty to dopowiedziałaś.

- Och. Czyli nic się nie wydarzyło?

- Jak to nic? Przy dobrych wiatrach mamy mieszkanie i trzecią współlokatorkę! - Karolina aż klasnęła w dłonie.

- Wiesz, że ta przepowiednia jest naciągana...

- Wiem. Ale skoro każdy jest kowalem własnego losu, to musimy kuć żelazo póki gorące.

- Skoro mowa o gorącym, potrzebuję prysznica, a ty mogłabyś zrobić mi coś do jedzenia? Zawsze rano robię się głodna.

- Jest po dziesiątej - poprawiła ją z przekąsem Karolina, ale ona nie słyszała, bo z niepokojem udała się do łazienki.

         Nie miała tu ręcznika, ale uznała, że Luiza jej nie zabije jeśli użyje jej. Miała w planach wypranie jej własności i zwrócenie, ale mieszkania z tą dziewczyną nie planowała. Przecież w ogóle się nie znały! Czuła się okropnie, bo miała nie tylko dosłownego kaca, ale i kaca moralnego. Zupełnie jakby przeżyła przygodę na jedną noc, tyle że zamiast seksu z nieznajomym zaliczyła nocleg w domu obcej dziewczyny, którą wcześniej uratowała od gwałtu.

         Gorąca woda znacznie otrzeźwiła jej umysł, a żel pod prysznic, który znalazła w kabinie pachniał przyjemnie brzoskwiniowo. Brukselka szła w zapomnienie, tak jak zmywany przez dziewczynę zapach potu, który spływał razem z pianą. Nagle jednak poczuła, że zamiast gorącej wody jest zalewana przez lodowatą. Wrzasnęła i wyskoczyła z kabiny.

- Co u licha... - powiedziała pod nosem, szczękając zębami.

         Zakręciła wodę i odkręciła tę przy umywalce. Zza ściany dobiegł ją przeciągły męski krzyk, a potem walenie w ścianę.

- Sam się puknij!!! - odkrzyknęła. - Ja tu prysznic biorę!!!

- Ja też!!!

         Monika zacisnęła dłonie w pięści i wskoczyła z powrotem pod prysznic. Ponownie puściła wodę, która była ciepła, ale nie zdążyła dokładnie spłukać piany z włosów, bo zza ściany dobiegł ją głos spłuczki i cała ciepła woda najwyraźniej poleciała zaszczycić swoją obecnością sąsiada. Wyglądało na to, że mieszkania nie były przystosowane do równoległego korzystania z ciepłej wody. Wściekła dziewczyna dokończyła prysznic w zimnej wodzie i wyszła,szczękając zębami. Wytarła się ręcznikiem Luizy, który powiesiła do wyschnięcia i ubrała wczorajsze ciuchy.

- A ty co taka zła? - zapytała Karolina, która właśnie stawiała na blacie bułki posmarowane marmoladą.

- Sąsiedzi są tu wredni - warknęła Monika.

- No i? Na pewno jak się lepiej poznamy...

- Czy ty naprawdę rozważasz, żeby tu zostać?

- No... tak. U Jaya zostać nie chcesz, a i ja potrzebuję dachu nad głową, jeśli mam tu szukać przeznaczonego mi mężczyzny.

- Zdajesz sobie sprawę, że ta cała... Luiza zaproponowała nam mieszkanie tylko dlatego, że była pijana?

         Karolina machnęła ręką i podsunęła przyjaciółce bułkę.

- Jestem dobrej myśli. Podobno pracuje w kawiarni na dole. Można iść jej zapytać. Myślę, że naprawdę szuka współlokatorek.

- Myślę, że powinniśmy się zbierać, zanim wróci z siekierą.

- Wczoraj z nią tańcowałaś w najlepsze bez obaw, że nas zabije.

- Wczoraj byłam pijana.

- A ja dzisiaj jestem pijana. Życiem. Nie widzę lepszego rozwiązania niż chwycenie byka za rogi i...

- Corrida bywa niebezpieczna dla torreadora.

- Przestań z tymi metaforami.

- Ty zaczęłaś z tym byciem "pijaną życiem". Ja zatrzymam się u Ali i będę miała oko na Madzię, a ty... niech pomyślę... powiesz ojcu swojego dziecka, co się kroi za osiem miesięcy i wprowadzisz się do niego.

- Wróżka otworzyła mi wczoraj oczy i myślę, że jestem przeznaczona do wyższych celów - stwierdziła zadziornie Karolina. - Idę załatwić nam mieszkanie.

- Ale... kiedy... przecież... siekiera...

         Słowa Moniki nie były w stanie dotrzeć do jej podekscytowanej przyjaciółki. Postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Nieświadome jeszcze ważnego czynnika, który je połączył, trzy dziewczyny każda na swój sposób podjęły decyzję o zmianie swojego życia. Luiza po raz pierwszy stawiała kroki na gruncie samodzielności. Monika na własne życzenie stała się singielką nieznoszącą przedstawicieli płci przeciwnej. Karolina natomiast była w ciąży i musiała po raz pierwszy w życiu nauczyć się dbać nie tylko o siebie.

środa, 12 czerwca 2013

Rozdział 5 - "Luiza"


Dziewczęta!
Kolejna środa i następny rozdział. Za tydzień poczytacie co nieco z perspektywy chłopaków z Lawson, a za dwa akcja przeniesie się do Ameryki. Mam jednak nadzieję, że rozdział 5 przypadnie Wam do gustu.
Dziękuję za wszystkie komentarze :*




"Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszą się zakończyć przyjaźnią [...]."
Joanne Kathleen Rowling ("Harry Potter i Kamień Filozoficzny")


            Ten dzień Luiza uznała za wyciśnięty do ostatniej kropli i postanowiła iść spać w swoim pustym mieszkaniu. Na zakurzonym materacu podłożyła sobie pod głowę podartą sukienkę i przykryła się jedną z obszernych koszul. W nocy nie spała, bo pierwszy raz czuła, że jest zdana tylko na siebie. Teraz jednak zmęczenie ją dopadało, a stokroć bardziej wolała sen niż roztkliwianie się nad beznadziejnością swojego losu, koniecznością szukania pracy i braku poszlak w szukaniu swojego wymarzonego chłopaka, który ją uratował.

         Walenie w drzwi wyrwało ją jednak z przyjemnych snów. Wstała dość gwałtownie i zakręciło jej się w głowie. Otworzyła drzwi, by zbesztać przybysza. Na progu ujrzała chudą kobietę ze spinkami w kształcie motyli we włosach. Na wyciągniętych dłoniach trzymała paterę z ciastem.

- Witam nową lokatorkę! - zaszczebiotała. - Jestem Audrey, mieszkam po drugiej stronie korytarza.

- Lou. Mieszkam... tutaj.

         Dziewczyna ziewnęła. Na widok ciasta poczuła burczenie w brzuchu, bo od dawna nie miała nic w ustach. Audrey uśmiechnęła się szeroko.

- To prezent powitalny dla ciebie. Ciasto czekoladowe z kremem cytrynowym.

- Dzięki...

- Ale prosiłabym o zwrot patery. Niektórzy ich nie oddają.

         Ostatnie zdanie kobieta wyszeptała, jakby chciała Luizę przed czymś ostrzec, ale ta wzięła tylko przysmak i oblizała wargi. Widziała jednak, że Audrey nadal stoi na progu i najwyraźniej czeka na zaproszenie.

- Wiesz, nie mam żadnych krzeseł, ani herbaty - wyjaśniła dziewczyna.

- Och, nie szkodzi! - Audrey zaklaskała w ręce i już po chwili wróciła z dwoma krzesłami od siebie, a w zębach niosła paczkę herbaty Earl Grey.

- Dobra, w takim razie wejdź.

         Luiza rozłożyła bezradnie ręce. W końcu kobieta przyniosła jej deser, ratując ją od śmierci głodowej, więc należało jej się trochę uprzejmości. Tym bardziej, że wyglądała na samotniczkę i dziwaczkę.

- Ładnie się tu urządziłaś - odezwała się Audrey, kiedy czekały aż wrzątek zagotuje się w starym czajniku.

         Właścicielka mieszkania spojrzała na nią jak na idiotkę. Poza materacem, bagażami i kaktusem na parapecie w mieszkaniu nie było nic.

- Ty żartujesz, tak? Tu nie było żadnych mebli, a ja nic ze sobą nie mam. Właściwie to szukam pracy.

- Och. W tym akurat mogę ci pomóc. - Audrey uśmiechnęła się szeroko i zaczęła kroić wielkie kawałki ciasta, które nałożyła na dwa talerzyki, które znalazła w suszarce nad zlewem w kuchni. - Tak się składa, że właśnie otworzyłam kawiarnię tuż za rogiem. Szukam pracowniczek, bo sama sobie z wszystkim nie poradzę.

- A czym bym się miała zajmować?

- Och, no wiesz. Obsługiwaniem kasy, podawaniem ciast, herbat i kaw... Wystarczy tylko żebyś była otwarta do ludzi i uprzejma.

- Cóż, będzie z tym ciężko. Ludzie często działają mi na nerwy. - Dziewczyna znacząco spojrzała na swoją przyszłą potencjalną szefową, ale ta nic sobie z tego nie robiła.

- Nie tylko tobie, kochana!

- No dobra, w takim razie myślę, że mogę spróbować. Kiedy miałabym się zgłosić?

- Możesz nawet jutro. Otwieramy o ósmej, ja jestem już od siódmej, więc możesz wpaść wcześniej, by przejrzeć umowę.

- Wcześniej? - dziewczyna przełknęła głośno ślinę. Fakt, że praca sama do niej przyszła uważać mogła za przejaw szczęścia, ale nie podobało jej się zwlekanie z łóżka tak z samego rana.

- No z pół godzinki. Ale wszystko jest do obgadania.

         Audrey na pierwszy rzut oka wyglądała na dziwaczkę, no ale przyniosła jej ciasto i herbatę oraz zatrudniła w swojej kawiarni praktycznie nic o niej nie wiedząc. Trzeba było kuć żelazo póki gorące.

- No to w takim razie będę - westchnęła dziewczyna i spojrzała na wibrujący telefon.

         Przestała sprawdzać kto dzwoni, bo większość połączeń wykonywali zaniepokojeni rodzice. Niech się martwią. To w końcu przez nich musiała sobie teraz radzić sama.

- Więc... jak to jest z sąsiadami? - zagadnęła Luiza, wgryzając się w ciasto. - Cholera, ale to dobre! Co za krem!

- Cieszę się, że ci smakuje. Kapelusznik był testerem smaku i nie podchodził do niego tak entuzjastycznie.

- Kapelusznik?

- Jeden z moich kotów. Mam ich siedem. Kapelusznik, Czerwony Kapturek, Piękna, Bestia, Królewna Śnieżka oraz Książę i Żebrak. Musisz do mnie wpaść i je poznać.

- Tak... ciekawe imiona.

- Prawda? Odzwierciedlają ich charaktery.

- Nie wiedziałam, że zwierzęta mają charaktery.

- W takim razie prawdopodobnie nigdy żadnego zwierzaka nie miałaś. Zarówno moje siedem skarbów, jak i Piorun, twój sąsiad zza ściany, to naprawdę charakterne stworzenia.

         Luizie zdawało się, jakby Audrey wolała zwierzęta niż ludzi, no ale to w końcu w ich towarzystwie przebywała. Na usta cisnęło jej się pytanie, czy klienci kawiarni nie skarżą się na kocie włosie w ciastach, ale ugryzła się w język i kontynuowała napełnianie żołądka pysznym ciastem.

- Ten Piorun to też kot? - spytała, widząc, że tylko temat zwierząt jest w stanie zainteresować Audrey.

- To pies. Ogromny! Ale bardzo przyjazny. W stosunku do obcych jest nieco nieufny, ale szybko się z nim zaprzyjaźnisz. On nawet koty uwielbia!

- No dobra, a jak to jest z ludźmi?

- Cóż, różnie. Zapewne poznałaś właściciela kamienicy, Nicka. Amerykanin, alkoholik, rozwodnik. Zgorzkniały, ale w razie potrzeby pomoże. Wszyscy są sympatyczni, jeśli oczywiście im nie podpadniesz.

         Audrey roześmiała się gardłowo i to musiało Luizie wystarczyć. Dokończyła ciasto i pożegnała się z nową znajomą. Miała już mieszkanie i pracę. Teraz tylko musiała to oblać. Ale z kim, skoro jej przyjaciółki wróciły do Polski? Miała koleżanki z uczelni, ale za nimi nie przepadała. Patrzyły na nią krzywo, bo jej akcent nie był idealny, a one uważały ją za intruza, który powinien wracać do swojego kraju.

         Po bitwie z myślami chwyciła jednak telefon i napisała do nich wiadomość. Zgodziły się bez wahania, więc dziewczyna wybrała jedną ze swoich sukienek (króciutką kanarkową) i włożyła na nogi czarne platformy. Żeby nie zamarznąć wzięła też czarny żakiet, a na to zarzuciła swoją kurtkę.

         To będzie ostatnia impreza, tak sobie obiecywała. W końcu od następnego dnia zaczyna pracę, musi być poważna i dorosła. Nie zabawi długo. O północy będzie już na swoim zakurzonym materacu. Z rana podpisze umowę i poprosi Audrey o zaliczkę, żeby mogła kupić sobie jakąś pościel.

         Świat klubów rządził się jednak własnymi prawami. Wypiła kilka drinków z koleżankami, które patrzyły na nią litościwie, dziwnie wydymały usta i powtarzały "i co ty teraz ze sobą zrobisz", przez co czuła się okropnie. Przed północą udała, że źle się czuje i wymknęła się z baru, do którego przyszły jej koleżanki. Cały czas rozmawiały o zajęciach, ciekawych wykładach, studenckim życiu... A ona chciała czegoś innego.

         Lubiła chodzić na samotne spacery i tak też było teraz. Londyn tętnił życiem, a ona z wciśniętymi głęboko w kieszenie dłońmi szła przed siebie, pozwalając nogom zadecydować, co się z nią stanie. Przy odrobinie szczęścia omal nie wpadnie pod kolejny autobus (jakkolwiek radykalnie to brzmiało), a uratować ją może wysoki blondyn, którego obraz na stałe wyrył jej się w świadomości.

         Spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu. Jej przyjaciółki już wróciły do Polski, a ją ogarnęła tęsknota i samotność. Była zdana tylko na siebie. Mogła spakować rzeczy, pożegnać jakże wygodny zakurzony materac i wrócić do rodziców, ale nie chciała. Mimo swojego lenistwa była ambitna i czuła, że może w życiu do czegoś dojść, ale niekoniecznie drogą studiów. W Polsce z wyższym wykształceniem mogłaby wylądować na kasie w "Biedronce", a to dawało jej przekonanie, że nauka nic ci nie załatwi. Najważniejszy był spryt i charyzma i liczyła, że z odrobiną dobrej chęci uda jej się być szczęśliwą na własnych warunkach. I zamierzała zacząć od pierwszego dnia pracy. Nie wiele jednak wypiła, a że się stresowała, postanowiła udać się na jednego drinka do baru niedaleko swojego mieszkania.

- "Black Velvet" - przeczytała na głos. Wzruszyła ramionami sama do siebie i weszła dumnym krokiem do środka.

         Od razu przy barze podszedł do niej sponsor. Zmierzyła wzrokiem tego szerokiego w barach łysego faceta i się skrzywiła. Czy naprawdę była zdana na takich? Nie odrzuciła jednak propozycji zapłacenia za drinka, bo jej oszczędności były na wykończeniu. Wychyliła zamówioną Krwawą Mary i chciała odejść, ale towarzysz zaproponował ją nowego drinka wymyślonego przez barmana, więc przystała.

         Potem wszystko zlało się w jedną plamę. Twarz kolesia, który za punkt honoru obrał sobie jej zasponsorowanie odpływała gdzieś na boki, a ona poczuła, że wszystkie mięśnie jej wiotczeją.

- Ty... dosypałeś mi czegoś? - zapytała nieprzytomnie, dłonią zwalając resztę drinka, którą oblała kolesiowi spodnie.

         Zaklął i złapał ją za rękę, zanim podszedł do nich barman, który mógł zauważyć, że coś jest nie tak.

- Nic ci nie dosypałem, głupia. Upiłaś się - wyjaśnił ochrypłym głosem i oblizał wargi.

- Acha - odpowiedziała skołowana dziewczyna. - Muszę do łazienki.

- Właśnie tam idziemy.

- Acha.

         Tylko na tyle było ją stać, bo nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nie potrafiła ocenić sytuacji, odległości ani stanu swojej trzeźwości. Uśmiechała się, bo jej "nowy kolega" wydawał się miły. Poczuła się słabo, a on zabrał ją do łazienki. Szybko jednak gdzieś na obrzeżach świadomości orientowała się, że nie przyszli tu, by wytrzeźwiała.

         Na piersi poczuła jego pożądliwą rękę, druga sunęła po udzie coraz wyżej, przygarniając ją do siebie. Obie były spocone i obrzydliwe. Czuła odór alkoholu z ust osobnika, którego określiła jako swojego sponsora, kiedy ten dyszał jej w twarz i składał pocałunki na jej szyi i dekolcie.

- Zostaw - powiedziała, ale było to zbyt ciche, żeby mógł usłyszeć.

         Nie miała siły go odepchnąć, ręce były jak z galarety i robił z nią, co chciał. Była marionetką, z którą postanowił się zabawić. Poczuła wybrzuszenie w okolicy jego krocza, które napierało na powoli podwijaną sukienkę.

- Moja sukienka, moja sukienka... - zawodziła cicho, coraz bardziej tracąc poczucie rzeczywistości i tego, co się wydarzy.

         Drzwi łazienki trzasnęły i usłyszała damskie głosy, mimo iż mogła przysiąc, że potencjalny gwałciciel zaciągnął ją do męskiej łazienki.

- Nie będę czekać w kolejce, muszę siku - oświadczył dobitnie dziewczęcy melodyjny głos, który jednakże zdradzał, że wypiła ona nieco za dużo alkoholu. - Jedna kabina? No trudno. Poczekaj na mnie.

         Dziewczyna szarpnęła drzwi, za którymi obleśny facet obłapiał Luizę.

- Zajęte - wychrapał, wściekły, że ktoś śmie mu przerywać, kiedy już zabierał się za rozpinanie rozporka. - Babski kibel jest obok.

- Człowieku, pęcherz mi zaraz eksploduje, muszę tutaj. - Monika rozejrzała się wokoło i spostrzegła same pisuary. - A nie zamierzam lać do tego.

- Cholera, wynoście się stąd! - zawołał rozwścieczony już mężczyzna, a one zmarszczyły brwi.

- Sukienka zniszczona, sukienka zniszczona... - powtarzała w transie Luiza, a Karolina zrobiła duże oczy i spojrzała na swoją przyjaciółkę.

- Czy ktoś tu potrzebuje pomocy? - spytała.

- Nikt nie potrzebuje pomocy, ciekawskie dziwki. Spadać mi stąd!

         Przyjaciółki wymieniły porozumiewawcze spojrzenie. Monika zaczęła walić w drzwi od kabiny, a Karolina pchnęła drzwi do męskiej łazienki i popędziła po ochroniarza, któremu pokazywały dokumenty tożsamości przy wejściu. Trzydzieści sekund później dotarła z nim do toalety, w której drzwi od kabiny właśnie otworzyły się i stanął w nich spocony i zasapany mężczyzna. W kącie kuliła się prawie nieprzytomna dziewczyna z podwiniętą sukienką.

- Daj mi skończyć i na ciebie przyjdzie pora! - zagrzmiał mężczyzna i wtedy zauważył ochroniarza.

         Jego wzrok stał się nagle rozbiegany, pchnął pracownika klubu i ruszył biegiem do wyjścia.

- Wszystko w porządku? - spytała roztrzęsiona Monika, zerkając na Luizę.

- On ją czymś naćpał - podpowiedziała Karolina.

- Weźmiemy ją do szpitala?

- Szpital, szpital... Nie - powtarzała Luiza jak w transie.

         Jakiś chłopak chciał skorzystać z łazienki, więc Karolina zmroziła go wzrokiem i kazała mu spadać na drzewo, przez co uciekał w popłochu. Luiza natomiast oparła głowę o kafelki i odpływała dalej.

         Karolina podniosła klapę i dopadła do niej w mgnieniu oka. Odgarnęła uratowanej dziewczynie włosy i wpakowała jej dwa palce głęboko do przełyku tak, że już po chwili konwulsji wywołała odruch wymiotny, dzięki któremu dziewczyna pozbyła się substancji z organizmu.

- Uciekł mi. Dzwonić po policję albo pogotowie? - zapytał ochroniarz, który wrócił do łazienki.

- Nie... trzeba - wydusiła Luiza, ale jej słowa przerwał odruch wymiotny.

         Poczuła się momentalnie lepiej, a trzeźwość umysłu powróciła. Omal nie została zgwałcona, ale wszystko skończyło się dobrze. Wstała i lekko słaniając się na nogach podeszła do umywalki, w której wypłukała usta.

- Gumę? - zaproponowała Monika, podsuwając dziewczynie pod nos opakowanie Orbit, z którego ta wyciągnęła kilka drażetek i wpakowała do ust.

- Chcesz, żeby się udławiła?

- Chcę, żeby jej z ust nie śmierdziało!

         Wybawicielki Luizy zaczęły chwilę się sprzeczać. Karolina była trzeźwa, a jej przyjaciółka wstawiona. Żadna nie zauważyła, że nowa znajoma wymknęła im się do baru, przy którym zamówiła sobie whisky, żeby oddalić od siebie nieprzyjemne wspomnienie spoconych dłoni na swoim ciele.

         Przyjaciółki spojrzały na siebie i zgodnie stwierdziły, że nie mogą jej tu zostawić.

- Gdzie mieszkasz? - zagadnęła Karolina, odbierając dziewczynie drugą szklankę whisky, którą ta zamierzała wychylić.

- Jestem bezdomna - westchnęła dziewczyna, szybko jednak reflektując, że przecież znalazła mieszkanie. - Nie, zaraz! U takiego pijaka w kamienicy!

         Nagle smutek i melancholia po dramatycznych przeżyciach odeszły w zapomnienie.

- Musicie iść ze mną!

- Tak, zaprowadzimy cię do domu - stwierdziła Karolina, ale zauważyła, że whisky, którą odebrała jednej dziewczynie, wyżłopała jej przyjaciółka. - Monia!

         Rudowłosa właśnie złapała jakąś dziewczynę przy barze za ramiona i potrząsając nią opowiadała po polsku.

- I myśli, że co? Że machnie tą swoją lokowaną grzywą, a ja mu padnę do stóp? O, nie ma mowy. Nie będę dla nikogo na wezwanie. Jestem panią sama sobie.

- Monika! Zostaw ją! - poleciła przyjaciółce Karolina, a ta machnęła tylko ręką.

- A widzisz moją przyjaciółkę? Ona jest w ciąży z Maxem. I nie chce mu nic powiedzieć. A tamta z tyłu, która właśnie wypija piwo temu kolesiowi... - Karolina z szybkością błyskawicy spojrzała na Luizę, którą na chwilę spuściła z oczu, a która już umoczyła dziób w czyimś piwie. - Prawie została zgwałcona. Uratowałyśmy ją.

         Całe szczęście, że mówiła po polsku, bo Bogu ducha winna dziewczyna mogła popędzić do gazet i rozgłosić, że spotkała nawaloną dziewczynę Jaya i ciężarną, którą zapłodnił jego kolega z zespołu. To brzmiało jak scenariusz do kiepskiej czarnej komedii.

- Dobra, macie już dosyć - oświadczyła znacząco Karolina i odciągnęła swoją przyjaciółkę za łokieć. - Jak masz na imię? - zwróciła się do nowej znajomej.

- Luiza.

         Dziewczyna słaniała się na nogach, ale usłyszała piosenkę ulubionego DJ'a i już ciągnęła na parkiet.

- Avicii! - powtarzała.

- Zostawmy ją i cho... - zaczęła Karolina, ale nie skończyła, bo Monika już była na parkiecie i wywijała w rytm jakiejś nieznanej im piosenki klubowej.

- Zatańczymy? - zagaił jakiś podpity facet, ale ona pokręciła głową.

         Miała dwie szalone dziewczyny do upilnowania. Z żalem obserwowała ich beztroskę i instynktownie złapała się za brzuch, w którym to biło dodatkowe serduszko. Wszystko wskazywało na to, że ona już nigdy nie będzie mogła być taka szalona i wolna jak one w tej chwili.

Blog List